Biznes? Tylko w garażu! – Lekkie porady, część 1.

Podstawy sukcesu w biznesie – Moja złota zasada nr 1:

Jeżeli uważnie wczytasz się w biografie największych liderów światowego biznesu, we wspomnienia gwiazd muzyki, w dzienniki twórców wynalazków zmieniających świat, zazwyczaj cechą wspólną będzie co?

GARAŻ!

Tomasz Nowiński - zacznij biznes w garażu.

Zacznij biznes w garażu – albo zapomnij o sukcesie?

Większość z nich zaczynała w garażu!

Jeżeli masz wielkie, przeszklone biuro, jeżeli wygodnie pracujesz z domu albo w przestrzeni coworkingowej – zapomnij o sukcesie. Tylko garaż jest w stanie pomóc! A kiedy już odniesiesz sukces, jak ładnie ten epizod będzie wyglądać w twoim CV, książce, ekranizacji życiorysu…

Wszystko wyżej to oczywiście żart, chociaż nie do końca.

Garaż jest symbolem i przekazem dla ciebie:

Zacznij biznes z tym, co masz!

Inaczej prawdopodobnie wpadniesz w pułapkę, w którą wpada wiele osób: robią wieloletnie przygotowania. Zbierają i studiują sterty książek, często dających sprzeczne ze sobą rady. Nawet nie wiem ile razy słyszałem:
Ale ja muszę mieć przeszklone biuro w drogiej lokalizacji w ścisłym centrum, tylko wtedy firma będzie wyglądać poważnie. I do tego zanim zacznę, jeszcze to jedno szkolenie, i jeszcze to, i następne, ale to już ostatnie… i już będę gotowy! Aha, i laptop 17 cali z Windowsem 10! Ten mój ma już trzy lata i jest zbyt wolny.
Mówię przygotowaniom i szkoleniom zdecydowane TAK. Pod jednym warunkiem: że masz plan, że dokładnie wiesz kiedy i z czym chcesz ruszyć do przodu. Że wiesz po co są ci potrzebne. Że na samej obecności na szkoleniu się nie skończy i zaraz po zajęciach ruszy praktyczne wdrożenie nowej wiedzy. Bez tego założenia możesz utknąć w ciągłych przygotowaniach.

Jak zacząć? Od czego zacząć?

Najważniejsza jest wyraźna (1) wizja, przekonanie i pasja do tego, co chcesz zrobić! Ewentualnie świadomość, dlaczego chcesz zrobić właśnie to. Jeżeli coś naprawdę cię kręci, jeżeli w coś wierzysz, to drugim elementem jest (2) analiza (rynku, możliwości, przepisów itd.) i plan. To jednak nie wystarczy. I tu też czyha na nas pułapka.
Na etapie planów też można utknąć. Plan kwartalny, plan roczny, wizja firmy i marki za rok, dwa lata, pięć. Plany marketingowe, finansowe, plany logo, plany zdobycia części Wszechświata…
Fragment z wystąpienia na WSB:
Może to zabrzmi nieskromnie, ale moimi planami i projektami firm zachwycali się biznesmeni na świecie. Kilka projektów zostało za moją zgodą i z powodzeniem wdrożonych. Każdy projekt zamyka się finansowo, nadwyżka z buforem bezpieczeństwa i analizą wrażliwości to zawsze minimum od 500 USD, do kilkunastu tysięcy USD miesięcznie (zysku). Jeżeli nie będziesz mieć pomysłu, chętnie pomogę ci wdrożyć jeden z moich. Całe pomysły „autorskie” i usprawnione przeze mnie start-upy zdobywały nagrody, inwestorów i dofinansowania. I tylko zabrakło jednego:

Trzeci, ważniejszy element, ba, najważniejszy, to REALIZACJA!

Jeżeli naprawdę chcesz, zrobisz biznes nawet w garażu lub piwnicy. Skrajne przykłady to dwa epizody z początkowego życia Virgin:
  1. Richard Branson opowiada w biografii o początkach sprzedaży płyt. W reklamie prasowej podał numer budki telefonicznej (firma nie miała biura i własnego telefonu). A następnie czekał pod budką i przyjmował zamówienia klientów. Niezależnie od okoliczności typowych dla brytyjskiej pogody.
  2. Drugi przykład to prowadzenie redakcji gazety w kościelnej krypcie… hmm, prawdziwy hardcore.

Virgin to zbyt odległy przykład biznesowy? Proszę bardzo, coś z krajowego „podwórka”

Wrocław. Jedno z typowych dla każdego większego miasta „blokowisk”, wrocławska sypialnia. ’99 rok. Żeby połączyć się wtedy z internetem, wklepywało się w stronę ppp. A na drukarce igłowej drukowało się oszczędnie tylko to, czego naprawdę nie dało się przepisać z monitora.

Bohaterem historii jest Marek*, znajomy jeszcze z liceum, dzisiaj przedsiębiorca i jednocześnie mój wieloletni klient. Marek zaczął biznes pod biurkiem. Biurko to za poważne słowo – to był blat z płyty na czterech nogach, zbudowany przez tatę Marka. Wtedy jeszcze musiał ponieść koszt rejestracja działalności – dzisiaj bez opłaty. Słaby komputer był prezentem od rodziców, pamiętam, że etap Quake II wgrywał się do pamięci kilka minut.

Z firmą wiązał się element ogromnego ryzyka: zamówienie po wstępnym sprawdzeniu zainteresowania. Kilkanaście dni oczekiwania na dostawę. Oferta i przyjęcie zamówień, gdy towar jeszcze był w drodze. A gdyby towar się nie sprzedał, firma musiałaby upaść. Działalność zaczęła się od dyskusji na forach tematycznych. Na bezpłatnym hostingu Marek zbudował (na podstawie jakiejś pierwszej z brzegu książki o html) pierwszą firmową stronę, z mailową możliwością składania zamówień.

Właśnie w takich warunkach Marek sprzedawał online drobną elektronikę. Na początku cały zamawiany i składany towar trzymał pod biurkiem, obok komputera. Blat tego samego biurka służył do montowania podzespołów. W pokoju, potem w całym domu, dominował zapach lutowanych przewodów i płytek. Marek dość szybko przestał ścielić łóżko – aby mieć miejsce na zapasy towaru potrzebował zająć skrzynię na pościel. W pewnym momencie zajęta była cała klatka schodowa. To wtedy wynegocjował z sąsiadami zajęcie starej blokowej suszarni. Na parterze we wnęce pod schodami pojawił się nawet na chwilę mały, trójkątny sklepik, pozwalający na osobisty odbiór towaru.

To nie tak, że wszystko pięknie rosło, że ogólna sielanka i nie było kryzysów. Zdarzały się chwile, w których rozpisywaliśmy argumenty za i przeciw likwidacji firmy i łapaniem pierwszego z brzegu etatu. Była duża zapaść, kiedy padł rynek w Rosji, na szczęście dopiero nieśmiało rozpoznawany. Żona Marka do dzisiaj wspomina pierwszą randkę, na której musieli pilnie wrócić do jego „klitki” żeby odpowiedzieć na maile klienta i wyjaśnić stan dostawy. Biznes powiększony był już wtedy o wściekle zielonego ericssona z klapką (taki starożytny telefon komórkowy). Jeszcze po wyprowadzeniu się do własnej kawalerki zdarzało się, że Marek czekając na przelewy, jadł ziemniaki i jedno jajko dziennie, albo wręcz wpadał do znajomych coś przekąsić. Wszyscy o tym wiedzieliśmy i nawet ja muszę przyznać, że wtedy się z niego podśmiewaliśmy.

Dzisiaj Marek ma magazyn pod Wrocławiem, a towar składa i zamawia w Azji. Właściwie razem z rodziną też bardziej jest w Azji niż w Polsce. Znajdziesz go na facebookowych grupach dla cyfrowych nomadów, czasem incognito pokazuje w sieci zarządzanie firmą z plaży, z laptopa. Firma nadal nie ma biura dla klientów. Obsługę administracyjną (księgową, celną, prawną, marketingową) i część obsługi logistycznej (zamówienia, dostawy, kompletacje, reklamacje) prowadzą firmy zewnętrzne. Odbiorcy detaliczni dawno przestali być jego klientami. Procentowy obrót na polskim rynku to wartości jednocyfrowe.

 

Jeżeli chcesz mi jeszcze raz powiedzieć, że nie zrobisz biznesu bez nowej edycji iphona, biura w centrum miasta i samochodu z salonu – to oficjalnie w tym miejscu poddaję się i przestaję negocjować z twoim przekonaniem. Razem z Markiem zgadzamy się z tobą i uznajemy, że masz rację.

 


* Marek autoryzował ten wpis. Poprosił o zmianę imienia. Nie chce też reklamować firmy ani być osobą rozpoznawalną, głównie z obawy o ludzką zazdrość. Dzisiaj wszyscy widzą tylko sukces, a nikt nie widział zarwanych nocy, lat bez wakacji, tygodni przesiedzianych przed monitorem i przy lutowaniu płytek, zastawionego całego majątku, stresu. Mogę tylko napisać, że jeżeli będziesz jechać z Wrocławia przez Żerniki do Oławy, nie wjeżdżając na autostradę, miniesz po drodze jeden z pomocniczych magazynów Marka.

 


Edit: Świat się zmienia i idzie do przodu. Facebook zaczął się w kampusie uniwersyteckim. Tylko czy to dowód na nieprawdziwość wpływu czynnika garażowego? Czy może po prostu trudno w kampusie o garaż?

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *