Działalność jak rollercoaster

Jesteś zapatrzony w działalność…

i przedsiębiorczość, w ogóle nie dostrzegasz jej ciemnych stron!

To nieprawda.

Prowadzę działalność w różnych formach od ponad 20 lat. Doliczając okres, kiedy jeszcze w okresie PRL jako dziecko pomagałem rodzicom w ich prywatnej firmie, prawdopodobnie wyszłoby całe życie.

Rzeczywiście, kiedy prowadzę spotkania grup przedsiębiorców albo zajęcia dla studentów, kiedy podsumowujemy argumenty za i przeciw, zwykle wnioski końcowe są takie, że tylko własna działalność. Wtedy zwykle pada zdanie, które rozpoczęło ten wpis.

Może trochę moderuję dyskusję i nakierowuję na wnioski, ale argumenty za działalnością (w tym twarde finanse i ocena ryzyka) bronią się same.

To nieprawda, że nie widzę minusów. Nie jest tak, że zawsze jest różowo i zawsze jest wielki sukces. Z resztą, wystarczy że uważnie poczytasz biografie znanych przedsiębiorców. To zawsze jest seria dołków, trudności, a dopiero długo, długo później większy i głośny sukces.

No dobrze, powiesz, Elon Musk, Jeff Bezos… To zupełnie inna liga. To poza tym zupełnie inna mentalność otoczenia, inna kultura prowadzenia biznesu, inne przepisy, inne (tu wstaw dowolne coś, co jest inne).

Jak codzienność działalności wygląda na naszym podwórku?

Prawdopodobnie różnie, bo różne są firmy. Inaczej będzie w jednoosobowej firmie z gronem stałych klientów, dla właściciela, jeżeli pominęlibyśmy jego dodatkowe obowiązki, nie będzie się ona wiele różniła od etatu. Inaczej będzie w firmie, która dopiero startuje i walczy o zapłacenie kolejnego ZUSu. Inaczej w rozpoczynającym działalność, ale dobrze zaplanowanym strtupie. Jedno jest pewne: niepewność i zmiana.

Nie ma sensu, żebym rozpisywał się o teorii, zobaczy ostatnie tygodnie:

  1. Dostaję możliwość dołączenia do zagranicznego zespołu i otrzymanie ich certyfikacji za współpracę przy projekcie.
  2. Dostaję dużą propozycję realizacji oprogramowania. zaczynam szukać ludzi do zespołu. Energia rośnie.
  3. Biorę udział w założeniu trzech spółek. Dla każdej mam prowadzić księgowość. Mają ruszyć „na wczoraj”. Wyszukuję przepisy i rozwiązania, spotkanie za spotkaniem. Energia bardzo rośnie.
  4. Od znajomego z Nowej Zelandii dostaję projekt kodu ciekawego programu. Wpadam na pomysł, jak na bazie kodu stworzyć międzynarodowy produkt. Górka energetyczna.
  5. Spotykam człowieka z Warszawy, który chce zająć się przerobieniem kodu wg mojego projektu.
  6. Umawiam na jeden dzień dwa spotkania dotyczące szkoleń w Warszawie. Dorzucam spotkanie robocze w sprawie programu.
  7. Dzień przed Warszawą spotkania ws. szkoleń zostają przełożone o 30 dni. Jadę 6 godzin w każdą stronę, żeby tylko nie odwoływać spotkania roboczego. Spotkanie udane. W świetnym nastroju docieram do autobusu na 4 minuty przed odjazdem. W drodze powrotnej dowiaduję się, że w najbliższych tygodniach nie wpłynie wynagrodzenie z faktur za ostatnich 16 tygodni(!!) pracy. Jak przeżyję?  Nie wiem. Energia w dół.
  8. 12 godzin po powrocie z Warszawy d Wrocławia, realizuję dwa duże szkolenia w Małopolsce. Dostaję tam zlecenie na dodatkowe prace na kilkanaście tysięcy, szacuję pracę na 12-15 godzin dziennie, ale do zrobienia w 4-5 tygodni. Wyszukuję potrzebne kontakty i literaturę, buduję plan działań i robię pierwsze analizy. Energia mocno w górę, będzie za co przetrwać. W tym samym dniu zostaje skasowane zlecenie z punktu pierwszego. Lekki dołek, ale tłumaczę sobie, że może i lepiej będzie skupić się na dużych zleceniach.
  9. Inwestuję dwa dni i pożyczone kilkaset złotych w szkolenie i konsultację, która ma mi pomóc zrealizować zlecenie z punktu 8. Przez dwa dni energia wysoko, poznaję możliwe stawki, potwierdzam swoją i tak posiadaną wiedzę i doświadczenie. W ostatnich minutach szkolenia zadaję jedno, pozornie niewinne pytanie. Wykonanie tego zlecenia, nawet przygotowanie oferty, nagle okazuje się niemożliwe do wykonania z powodów prawnych, których wcześniej nie zauważył nawet prowadzący… Nagle straciłem zlecenie za kilkadziesiąt tysięcy. Smutek? Skąd! Gdybym złożył ofertę, byłbym „ugotowany” na kilkanaście tysięcy więcej od ustalonego wynagrodzenia.
  10. Dzień później – przychodzi duża kontrola z ZUS. Wieczorem, podczas kolejnego badania rynku i benchmarkingu, znajduję oprogramowanie identyczne jak mój pomysł z punktu 4. Ja nie, ale zespół się podłamał.

I tak w kółko, bo to nie jest sklep spożywczy z codzienną dostawą, sprzedażą i sprzątaniem, tylko praca w konsultingu i szkoleniach: każdy klient, każde zadanie i spotkanie jest inne. Budzę się rano i nie wiem, jak zakończy się dzień. Nie podłamuję się, nawet tracąc duże projekty – każda strata to otwieranie drzwi do kilku nowych możliwości.

Oczekujesz po działalności spokoju i łatwej kasy? To prowadzenie własnej firmy prawdopodobnie nie będzie tym, co tygrysy lubią najbardziej.

A jeżeli już masz firmę i codzienną jazdę bez trzymanki, to tylko przybijam ci piątkę i mówię „nie łam się”. To wszystko, brak kasy na rachunki czy zus, huśtawki możliwości i upadków, wszystko to gdzieś prowadzi.
Może jest testem? Słabsi odpadną.

Inaczej każdy by to robił.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *