Nigdy się nie poddawaj! Indonezja!

Indonezja czeka…

Lotnisko Berlin Tegel - w drodze do Indonezji. Zdjęcie: Tomasz Nowiński

Lotnisko Berlin Tegel – w drodze do Indonezji. Zdjęcie: Tomasz Nowiński

ale to nie było takie proste, jak się dzisiaj może wydawać.

Było wiele zawirowań. Najpierw wygrałem konkurs, a dokładniej, wśród 12 tysięcy innych projektów biznesu zgłoszonych z całego świata, to właśnie mój projekt wygrał. Jednak to nie projekt, a ja będę odbierać nagrodę: wielkie szkolenie biznesowe w iLab w Indonezji i spotkanie z czołowymi postaciami biznesów azjatyckich 🙂

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby wysłać zgłoszenie. Nie wiem. Przeczucie? Bez fałszywej skromności, czułem że wygram, że pomysł jest świetny. Nie pomyliłem się.

Najpierw jednak wszystko miało się nie udać. Natalia zaplanowała sobie, że urodzi się chwilę po powrocie z jedynego możliwego wtedy terminu podróży. Z tego i kilku innych powodów losowych pierwszy wyjazd po długich rozmowach został przesunięty na „kiedyś”, mogę powiedzieć że prawie zostałem cofnięty już z berlińskiego lotniska. Tęsknie oglądałem lot „mojego” samolotu na flightradar24.com, co więcej, nawet widziałem i słyszałem go… ale już z balkonu mieszkania, bo przelatywał nad południowym Wrocławiem.  Zrezygnowany, przybity, poddałem się zimowemu myśleniu: „Kiedyś to brzmi prawie jak nigdy. Nigdy nie uda mi się tam pojechać. Ja mam tam pojechać? Z tą moją małą firemką, przyciśniętą pełnym ZUSem w kraju w środku Europy? Realnie popatrz na siebie, z motyką na Słońce się rzucasz…”.

Wbrew ponurym myślom, szansa na zrealizowanie marzenia o szkoleniu w Indonezji pojawiła się bardzo szybko. Natalia miała miesiąc. Dookoła piękne lato. Byłem zupełnie nieprzygotowany do wyjazdu (ani mentalnie, ani finansowo), bez planu realizacji, zakładając, nagle optymistycznie, że jakoś to będzie, zgłosiłem mój wyjazd szkoleniowy do Indonezji na wrzesień 2014. Mając tak duży cel, musiałem dać z siebie wszystko, żeby się udało. Wszyscy się ucieszyli (ekipa indonezyjska i poinformowani znajomi w Polsce). Czyli nie ma odwrotu – jadę!

Sielanka przygotowań trwała dwa miesiące. Pewnego wieczoru przyszła niespodziewana informacja o kolejnej zmianie terminu i programu szkolenia. 21 września zamiast początku września, było trochę jak wyrok. Oczywiście także zakończenie odpowiednio później. W pierwszym momencie wyjazd znowu przestał być możliwy. Bilety lotnicze dawno kupione, nie od przesunięcia. W firmie mam szkolenie za szkoleniem, plany, terminy, nie… Znowu czarna wizja, bo przecież nie ma opcji żeby udało się wszystko poprzekładać! A ilu Klientów stracę! Miesiąc zajęło mi dopasowywanie się do zmienionego terminu i układanie harmonogramu prowadzonych szkoleń na listopad i kolejne miesiące.

W dzień prowadzenie szkoleń. W nocy pracy jak nad dużym projektem, układanie wszystkich spraw na zakładkę do pół dnia. W końcu jest! Dopasowane, poukładane! Klepnięte szkolenia do poprowadzenia od razu po przyjeździe. Uzgodnione umowy współpracy po powrocie. Wyznaczone „zadania domowe”, które moi kursanci mają koniecznie wykonać przed dniem powrotu. Wyjazd z Wrocławia zaplanowany na wieczór 17 września. Start z Berlin Tegel 18 września o świcie, bilety kupione, bagaż spakowany.

Prawie trzymając walizkę w progu, czyli dwa dni temu, dostaję strzał między oczy: Informację o kolejnym przesunięciu terminu, sytuacja losowa… Tym razem jednak nie było czasu na czarne myśli. Oficjalne potwierdzenie zmiany przyszło z Indonezji w poniedziałek rano. Nauczony doświadczeniem, tym razem po prostu ułożyłem w nocy szybki plan, zastosowałem wszystko to, czego uczę o zarządzaniu i kierowaniu projektami, pełna koncentracja i motywacja. Oto co znaczy moc powtarzania i prawo kolejnego cyklu. Zamiast miesiąca (którego tym razem nie miałem), spiąłem wszystko w dwie doby: Udało mi się posklejać od początku wszystkie plany, zmienić harmonogramy szkoleniowe, wykonać kilkadziesiąt telefonów.
Co więcej, to zaskoczyło nawet mnie: W bardzo stresującej rozmowie, która pierwotnie miała uratować współpracę przed zerwaniem, poszło tak dobrze, że jakoś tak przypadkiem udało mi się sprzedać dodatkowe 36 dni szkoleniowych, w tym kilka jeszcze przed wyjazdem!

Upadł mi tylko jeden, ambitny plan rozpoczęcia nauki języka chińskiego.

Wszystko posklejane. Nowe bilety lotnicze kupione dzisiaj przed południem (starych nie udało się już przebukować ani anulować). Więc jednak jadę? Zrobiłem to? Jak to się stało, że w niecały rok nagle wszystko się wyszło na prostą, firmy spijają rady z ust i ekranu, stosują z powodzeniem moje pomysły, liczą dni do mojego powrotu i kolejnego szkolenia. Jak to wszystko się stało?

Aaaaa… byłbym zapomniał! Dzięki zmianie terminu i nowych biletach zrealizuję jedno z marzeń z mojej długiej listy: Czeka na mnie wiele godzin w Airbusie A380-800. Dokładniej, marzenie z listy to zobaczyć go na płycie lotniska i w locie. Na marzenie żeby być w środku, nie wystarczyło mi wyobraźni. Fascynująca konstrukcja. W planach został jeszcze lot na pokładzie 747 🙂

Co by było gdybym poddał się po pierwszym odwołaniu terminu i utkwił w czarnowidztwie? Gdybym potem wystraszył się spełniającego się marzenia i odpuścił?

Właśnie ruszyło nowe odliczanie przed startem! 🙂

/Tekst przeniesiony z poprzedniej wersji strony/

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *